NICK KEMP I NONI HÖFNER CZ. I

Noni: Kiedy spotkałam go po raz pierwszy, wywrócił do góry nogami moją całą filozofię terapii. Łamał absolutnie wszystkie zasady, które nam wtedy wpajano, nie wolno było robić tego, co on robił.

Miałam za sobą 15 lat praktyki w terapii, 5 lat studiów psychologicznych i 20 lat doświadczenia w 1985 r. i byłam w szoku, choć z drugiej strony czułam wielką ulgę. Pomyślałam: „jeśli to jest terapia, to chcę się jej nauczyć. Muszę wiedzieć co się tutaj dzieje!” Ale nic z tego nie rozumiałam. Był zabawny, śmieszył nasz, ale przez cały czas obrażał też ludzi, którzy na koniec mówili: „Nigdy jeszcze nie czułem się tak dobrze zrozumiany”.

Po pierwszym dniu warsztatu poszłam porozmawiać z Frankiem. Powiedziałam: „Nie rozumiem tego, ale bardzo mi się to podoba. Obrażasz ludzi, ale musi być w tym coś więcej…” Odpowiedział: „Tak, jest w tym coś więcej”. I to był początek długiej przyjaźni. To było w Monachium. Myślę, że to był drugi lub trzeci warsztat Franka zorganizowany w Europie. Miałam wtedy dość terapii. Byłam na tak wielu treningach, przerobiłam hipnoterapię, NLP, wszystkie te szkolenia były ciekawe, ale terapia nie dawała mi nigdy radości. Była dla mnie nudna i męcząca. Po godzinie terapii czułam się wyczerpana. W 1985 r. miałam 39 lat, i myślałam sobie: Czy naprawdę właśnie to chcę robić przez kolejnych 30-40 lat? Odpowiedź brzmiała: nie. I wtedy spotkałam Bernharda Trenkle na szkoleniu z hipnoterapii. Powiedział: „Zanim zrezygnujesz, musisz poznać Franka Farrelly’ego”. I tak zrobiłam. I dlatego też się zgubiłam – jestem zgubiona od 1985 r.

Nick: Kiedy zobaczyłaś go po raz pierwszy, czy było coś co zrobił, powiedział, co szczególnie przyciągnęło Twoją uwagę?

Noni: Najpierw pomyślałam: Ten facet jest tak nieterapeutyczny! I zakochałam się w tym, bo terapeuci byli wtedy jak Sfinks – niewzruszeni. Zachowywali się typowo dla tamtych czasów, co było bardzo męczące i nieprawdziwe. A Frank zachowywał się jak zwykły facet. Mówił do ludzi tak, jak my teraz rozmawiamy. To była pierwsza rzecz, drugą był humor. Dziś używanie humoru jest bardziej w porządku, ale wtedy nie miał prawa pojawić się w terapii. Znalazłam nawet cytat: „Jeśli klient śmieje się w trakcie terapii, jest to neurotyczna reakcja, którą należy natychmiast powstrzymać.” Znalazłam to w literaturze!

Śmialiśmy się więc przez 3 dni, i było wspaniale, bo nie śmialiśmy się z kogoś, tylko z kimś. Ludzie nie czuli się dotknięci, czuli zrozumienie. Pomyślałam więc, że muszę się dowiedzieć co to jest. Zaraz po warsztacie napisałam do Franka bardzo długi list. A gdy odpisał, ucieszyłam się: „Frank Farrelly odpisał na mój list!”. Przez kolejny rok lub dwa uczestniczyłam w wielu warsztatach.

Frank od początku często mieszkał z nami w domu, co było wspaniałe, bo mogliśmy poznać go lepiej. Czasami zostawał u nas z żoną June przez całe tygodnie. Mój dom był więc jego domem w podróży. Wyjeżdżał na warsztat gdzieś w Europie, po czym wracał do nas. Poznałam go więc naprawdę dobrze. Dużo rozmawialiśmy o jego pracy, bo byłam nią zafascynowana, chciałam się tego nauczyć. Trzy lata później, w 1988 r., założyliśmy instytut terapii prowokatywnej w Niemczech i zaczęliśmy organizować warsztaty. Jeśli czegoś nie rozumiesz, zacznij tego uczyć i pisać o tym książki, wtedy nauczysz się co to jest.

Dla mnie atrakcyjne było przede wszystkim bycie zwykłym człowiekiem w terapii, używanie humoru i szybkość, z jaką klient się zmieniał. To jest takie fascynujące! Nadal mnie to fascynuje. Czasem masz tylko 15 minut na prowokatywną pracę na warsztacie, a później, po czasie, dostajesz feedback: „To naprawdę zmieniło moje życie!” 15 minut. To naprawdę szybka terapia.

Nick: Z mojego doświadczenia wynika, że te interakcje z Frankiem, kiedy mieszkał u mnie, nauczyły mnie więcej, niż jego praca na warsztatach. Czasem rzucał w komentarzu coś, na co nigdy bym nie wpadł.

Noni: Tak, myślę, że to druga strona: zaskoczenie klienta. Mówisz coś, a on, lub ona reaguje nagle: „Co to ma znaczyć?”. Ale to nadal jest w systemie klienta. Keith Johnstone, guru improwizacji, mawiał: „zostań wewnątrz kręgu”. Myślę, że to jest właśnie coś, co robimy w terapii prowokatywnej: pozostajemy w kręgu myślenia klienta, ale wnosimy tam elementy, o których nigdy wcześniej nie pomyślał, ale na które sam mógłby wpaść. Nie jesteś na Marsie, w kosmosie. Jesteś z klientem, ale mówisz o rzeczach, o lękach, które klient ma w głowie, ale boi się do nich przyznać nawet sobie, a kiedy zaczynasz przerysowywać ten lęk coraz bardziej, klient myśli: „nie, nie, nie, chwileczkę!”. Zaczyna widzieć to inaczej. To bardzo terapeutyczna praca, bo nie mówisz mu: „Musisz zobaczyć to inaczej: tak, a tak…” . Nakreślasz mu stereotypowy obraz sytuacji i mówisz: „To jest normalne, tak już musi być i nie masz szans tego zmienić. W dodatku i tak jesteś za stary, nie uda ci się, więc zapomnij o tym”. Wtedy klient zaczyna się uspokajać i różnicować. Jeśli powiesz do kobiety: „wszyscy mężczyźni to świnie”, ona powie: „cóż, znam jednego, który nie jest świnią”. Wtedy ma już dwie kategorie, to pomaga.

Nick: Uważam, że to fascynujące dzielić się takimi doświadczeniami, bo mają tak wiele wspólnego. Kiedy spotkałem Franka po raz pierwszy, na długo po tobie, pomyślałem: „Co to jest, do diabła?! To jak herbatka u szalonego kapelusznika!”. Wszystko wydaje się nie mieć sensu, ale rezultaty są niesamowite! Patrzenie, jak klient sam siebie broni i przejmuje kontrolę w pokazywaniu przydatnych kierunków i znaczeń – często w ciągu minut! – było fascynujące. Jestem ciekaw uprzedzeń, jakie ludzie mają wobec prowokatywności. Jakie są twoje doświadczenia? Ludzie zdają się mieć wiele błędnych przekonań dotyczących jej znaczenia.

Noni: To jest coś, co powinno się wyjaśniać na początku warsztatu, czy książki: prowokatywność nie oznacza, że krzywdzisz innych, że jesteś złośliwy, albo że robisz coś dla osiągnięcia własnych korzyści. Zawsze jesteś z klientem. Frank mówił dużo o byciu adwokatem diabła, ale po stronie aniołków. Myślę, że to bardzo istotne, bo często przychodzą do nas ludzie, którzy mówią: „Tak, jestem prowokatywny, robię to od lat, wiem jak to robić”. A potem wychodzą i nic nie rozumieją. Dzieje się tak zwłaszcza z tymi, którzy chodzili na warsztaty Franka. On nie tłumaczył w sposób „lewopółkulowy”, tylko przez skojarzenia i zdarzało się, że ktoś przychodził do niego na 1 dzień, przyjrzał się jakimś modułom, pracy Franka na żywo i mówił: „OK, rozumiem, wiem już o co chodzi”, a potem uderzał mocno w klientów, niszcząc ich przy tym. To nie jest, w moim rozumieniu, terapia prowokatywna. Ale chcę też skomentować to, co powiedziałeś: że to wygląda jak szaleństwo. Im dłużej to robię, tym bardziej widzę, że w tym szaleństwie jest struktura. Zauważyłam też, że niektórzy robiąc to po raz pierwszy są tak podekscytowani własnymi pomysłami i obrazami z własnej głowy, że myślą: „dlaczego ten klient tak mi przeszkadza w mojej kreatywnej pracy?”. Myślę, że bardzo istotne jest bycie z klientem. To jest bezpośredni sposób traktowania go, ale tylko w procesie. Kierujesz procesem, ale zawartość, treść, materiał pochodzą od klienta. To jest sprawa „tu i teraz”, bierzesz to, co klient ci oferuje, żonglujesz tym i patrzysz, co się dzieje. Nazywamy to strzelaniem w krzaki i obserwowaniem, czy nie wybiega z nich królik. Jeśli wybiega – ruszaj za nim, ale jeśli to nie ten krzak, wybierz inny.

Nick: W uczeniu w różnych częściach świata najciekawsze dla mnie jest to, że ludzie mówią często: chcę wiedzieć, co robić. Chcę A, B, C, D, bo wtedy nie będę musiał o tym myśleć. Żartowaliśmy nawet przy obiedzie, że klient nie musi być nawet obecny, terapeuci sami sobie zapewnią rozrywkę. A problem tkwi w uważności. W wielu rodzajach terapii, bez końca mówi się o budowaniu opinii, jak o wielkim zadaniu, którego trzeba się podjąć. A tak naprawdę chodzi o to, by rozmawiać z ludźmi naturalnie, ale z pełną świadomością tego, co się w danej chwili dzieje. Tak jak mówiłaś: być w świecie klienta, nie próbować zabrać go gdzieś indziej, albo skłonić do zrobienia czegoś, czego nauczono cię na studiach.

Noni: Myślę też, że ważne jest, by zachowywać się normalnie, bo można zbudować raport bardzo szybko, w ciągu sekund, jeśli tylko naprawdę lubisz klienta. I to jest jedna z podstaw, które staramy się przekazywać. Nie da się tego udawać. Musisz wierzyć, że klient jest wartościowym człowiekiem, że ma w sobie wszystko, czego potrzebuje, by się zmienić, że jest wart miłości, że ma w sobie coś, co lubisz – wtedy możesz śmiać się razem z nim z tych wszystkich szalonych rzeczy, które sam sobie funduje. Jeśli nie lubisz klienta, jeśli uważasz, że jest beznadziejny, nie używaj terapii prowokatywnej. Bo wtedy może to być destruktywne. Za to jeśli kogoś lubisz, łatwo zbudujesz raport. Druga sprawa: ponad 90% komunikacji odbywa się pozawerbalnie, więc klient natychmiast wyczuje, że go lubię, albo tylko udaję, a tak naprawdę uważam, ze jest okropny i żałuję, że nie mam znienawidzonego kolegi po fachu, któremu mogłabym go odesłać. To jest podstawa i zawsze musisz sprawdzać, czy nadal uważasz, że ten klient zasługuje na miłość, że mu się uda. Jeśli masz jakąkolwiek wątpliwość – „nie, nigdy mu się nie uda, jest za głupi, za stary”, to nigdy nie powinieneś mu tego mówić! To jest prawdziwy problem dla zawodowców – myślą, że nie jestem autentyczna, bo mówię rzeczy, w które nie wierzę. Ale w pracy prowokatywnej prawie zawsze mówisz rzeczy, w które nie wierzysz ani trochę! Może tylko myślisz, że klient w nie wierzy i testujesz. Kolejna rzecz: nie zadajesz wielu pytań, po prostu mówisz. Klient wchodzi emocjonalnie w proces dużo głębiej, jeśli rzucasz mu te wszystkie zdania, a on musi na nie zareagować. „Mówię ci, jesteś za stary na zmiany, zapomnij o tym! Do tego trzeba być inteligentnym, a spójrz na siebie.” Wtedy chcesz mi odpowiedzieć: „Nie jestem za stary!”, „Nie jestem za głupi!”. Ale jeśli naprawdę tak myślę, nie powinnam tego mówić. Powiem więc, że jesteśmy bardzo autentyczni w naszych uczuciach do klienta, ale jesteśmy zupełnie niespójni w tym, co mówimy i myślimy. To nie ma nic wspólnego z autentycznością, bo autentycznie kocham klienta, ale mówię do niego, jakby był dziwakiem.

Nick: Myślę, że to ciekawe: to jest jedyne podejście, jakie znam w komunikacji, w którym praktyk, terapeuta przyjmuje tak wiele różnych pozycji tylko po to, by pomóc klientowi – czy w nie wierzą, czy nie – dla dobra klienta. Nie dla terapeuty, by mógł się z tym poczuć lepiej. I wyzwaniem dla wielu praktyków jest tu wyjście poza ich wąski sposób pracy. Przeprowadzaliśmy ćwiczenie w Japonii, klasyczne ćwiczenie terapii prowokatywnej: „To nie ty, to wina wszystkiego naokoło”, a potem przełączaliśmy się na: „To wszystko twoja wina”. Wiele osób miało z tym duże problemy. Ale wszystko to robimy, by asystować klientowi w stworzeniu zmiany. Jeden z cytatów z Franka brzmi: „Musisz odrzucić swoją profesjonalną godność dla dobra klienta”. Uważam, że to bardzo trafne.

Noni: A co do zmiany pozycji, o której mówiłeś przed chwilą, to odkryłam, że kiedy pracujemy z klientem, a on nie wie czy zrobić jedno, czy drugie, można użyć takiego ćwiczenia: przez 30 sekund mówisz „zrób to”! i wyliczasz wszystkie korzyści. A potem mówisz: „nie, czekaj, przemyślałem to. To nie jest dla ciebie dobre, zrób tamto.” Po 30 sekundach znów zmieniasz zdanie. Nazywamy to ping-pongiem. Klient nic już nie wie, ale czasem, po 10 minutach mówi: „Chyba już wiem, co zrobię.” Albo mówi to później. To cudowna rzecz, bo nie dajesz mu rozwiązania, ale wyciągasz go ze stanu niemocy, w którym utknął.

Nick: To daje zupełnie inną perspektywę! To ciekawe, że robicie coś tak podobnego. „To nie ty, to nie twoja wina, nie ty…” A po długiej chwili mówisz: „Nie, to twoja wina!” I klient jest osłupiały. To daje zupełnie inną perspektywę. I oczywiście, jeśli sesja nie jest nagrywana, na co dużo ludzi się teraz decyduje, to daje trzecią pozycję.

Noni: Nie są nagrywane?

Nick: Nie są nagrywane. W Wielkiej Brytanii spośród wielu terapeutów, doradców, praktyków NLP nie znam osobiście nikogo innego, kto poza mną nagrywałby sesje.

Noni: Ja tego nie robię. Ale myślę, że kiedy pracujesz prowokatywnie i nie tylko, obawiasz się, co klient zrobi z tymi nagraniami, albo, że nie będziesz brzmieć perfekcyjnie. Ale kiedy pracujesz prowokatywnie, dobrą rzeczą jest to, że nie musisz być perfekcyjny. To bardzo dobre.

Nick: Mam wiele przykładów na to. Ale pojawia się tu pytanie: Jakie są cechy dobrego prowokatywnego terapeuty? Co ci przychodzi do głowy?

Noni: Pierwszą i najważniejszą dla mnie rzeczą jest sympatia dla ludzi. Nie gatunku ludzkiego, ale ludzi, klientów. To na pewno. I nie uwierzyłbyś jak wielu terapeutów nienawidzi swoich klientów po kilku dekadach pracy. Nie mogą już tego słuchać. Ale dla mnie musi to być ktoś, kto ma takie poczucie humoru, że potrafi śmiać się z samego siebie. Jeśli nie umie tego robić, nie powinien brać się za terapię prowokatywną. Absurdy naszego myślenia, działania… Każdego dnia można naleźć 10 absurdów własnego postępowania, to zabawne i nie musimy się za to karać, możemy się za to z tego pośmiać, to ludzkie. Jeśli uważasz, że mówisz ex cathedra, znasz prawdę i wiesz jak klient powinien zareagować i co powinien robić… Myślę, że nikt nie może poznać drugiej osoby na tyle, by wiedzieć, co jest dla niej najlepsze. Klient musi sam się dowiedzieć. Klient wie emocjonalnie, czy dane rozwiązanie jest dla niego dobre. I jeśli zdarzy się, a w pracy prowokatywnej dzieje się to szybko, że klient angażuje się emocjonalnie i nagle odkrywa: „Tak! To właśnie zrobię”, ale to nie jest racjonalne, to pochodzi, jak to mawiamy, z brzucha. Wy też tak mówicie? Że coś pochodzi z brzucha, czyli od emocji, z innego miejsca, niż twój racjonalny, czysty umysł? „Tak! Muszę to zrobić.” Ale jeśli klient siedzi tylko w mózgu, to zapomnij. Dopiero, gdy zrobisz to prowokatywnie, to bardzo szybko emocjonalnie wie, co robić. I to jest stabilne uczucie, które nie znika. Nie musisz przeprowadzać czterystu godzin terapii na kanapie, by się tego dowiedział. Jeśli klient się w ten sposób przełączy, pójdzie dalej tą drogą. Może wróci do ciebie, mówiąc: „Mam teraz inny, nowy problem”, ale jeśli klient się przełączył emocjonalnie to ten poprzedni problem, który przerobiliście, naprawia się dalej sam.

/zapis rozmowy Nicka Kempa z Noni Höfner

Odbierz ProvoTime

PROVOCARE

Provocare - instytut komunikacji prowokatywnej

ul. Esej 21/22,
01-923 Warszawa
NIP 8842467027

NR konta
81 1090 2369 0000 0001 0310 4811